Patrzałem jak krople deszczu powoli upadają z hukiem na zgniłozieloną
trawę. Nie byłem wśród koni. Zawsze muszę być wśród nich, ale gdy mnie
niema, zaczynam wariować. Nie wiem, jak wytrzymałęm te parę tygodni bez
towarzystwa. Aby nie zwariować zacząłem robić coś, co robię bardzo
rzadko. Intensywnie myśleć.
,,Jestem dziś w paskudnym humorze. Fakt - dołączyłem do stada, ale
zamierzałem zrobić coś innego. Do tego ta ulewa. Krople deszczu spadały z
nieba jak pijane.( wybaczcie mi za tę porównanie) Zostałem sam. Nie
wiem, gdzie gdzie jest reszta. Uech... Gdzie jest Another? Znam tylko
jego. Często bywa w klinice, więc może tam jest?'' Nie wiedziałem
jednak, gdzie ona jest. Rozejrzałem się i zobaczyłem klinikę. Nareszcie!
Cicho do niej podeszłem. Krople deszczu spadały na moją sierść. Byłem
mokry, a nie lubię wody. Zignorowałem ten fakt.
- Nie posiadasz tak wielkiej mocy! - ktoś wstał gwałtownie.
- A ja posiadam... Moc jedzenia jest potężna - powiedziałem pod nosem.-
Zwgłaszcza, gdy podzczas wojny, rzuci się we wroga ziemniakiem.
Ojej, o co chodzi? Czy to Another? Wątpie. Przyłożyłem jeszcze ucho do
ciemnobrązowych drzwi. Były z dębu. Usłyszałem tylko pojedyncze ciche
głosy, chociaż może to były szepty?
- Elektrokineza. Wiele magicznych zwierząt ją posiada... Ty też, ojcze
Z tej krótkiej wypowiedzi wiedziałem, że w środku jest ojciec jakiegoś
kunia. Pot mi zaczął kapać z czoła. Coś złego zaraz się wydarzy. Oparłem
się o drzwi i nagle... Otworzyły się. Z hukiem upadłem na
jasnoniebieską podłogę.
- A ty, to kto? - powiedział ktoś nagle.
- Jestem superman. - odpowiedziałem. - Idę właśnie uratować świat.
< MascareD, dokończ? >