Costa gdzieś poszła, więc postanowiłem też gdzieś się powłóczyć. Może
nad jezioro. Tak się złożyło, że szedłem kilka metrów za Costą, bo szła w
stronę właśnie jeziora. Gdy przystanąłem, by przyjrzeć się zającowi, ta
jakby się wystraszyła, bo przyspieszyła i odgalopowała ode mnie. Już
niedaleko było jezioro. Napiłem się z niego i trochę zamoczyłem nogi.
Nagle ktoś mnie popchnął, a ja wpadłem do wody. Gdy wynurzyłem głowę
zobaczyłem, że do wody popchnął mnie Mustang.
- Dzień dobry... - przywitałem się - dlaczego pan mnie popchnął?
- Jak ty mogłeś zrobić to mojej córce! Ty draniu!
- Ale o co chodzi? - zapytałem zaniepokojony o Costę
- Zostaw ją w spokoju!
- Nie! Chcę jej pomóc! - powiedziałem wychodząc z wody i odbiegając od
przywódcy, który najwidoczniej nie był dziś w dobrym nastroju. Poszedłem
na tereny dawnego, własnego stada. Za drzewami, które teraz zasłaniały
mi widok na pustynię, na której zawsze ćwiczyłem zobaczyłem jakiegoś
jasnego i ciemnego konia. Po dokładniejszym przyjrzeniu się
stwierdziłem, że to Costa. Postanowiłem odejść, by im nie przeszkadzać.
Nagle usłyszałem krzyk i tętent kopyt. Ruszyłem w stronę koni. Costa
miała przebitą pierś. Mojego smutku i przerażenia nie dało się opisać.
Krew lała się cały czas. Szybko wziąłem klacz na grzbiet. Bałem się, że
przy takiej prędkości Costa może spaść ze mnie, a to by się raczej dla
niej dobrze nie skończyło. To tak jakby wypaść z pędzącego pociągu czy
coś w tym stylu... Przypomniało mi się, że mogę się teleportować. No
więc skupiłem się mocno. Teleportowałem siebie i Costę do Anothera.
- ANOTHER! ZRÓB COŚ BŁAGAM! ONA MUSI ŻYĆ! ANOOOTHHHHEEEERRR! - wrzeszczałem na cały głos
Ogier szybko wziął klacz, kazał mi wyjść. Czekałem niecierpliwie, w
moich oczach prawie pojawiły się łzy. Może jednak uroniłem ich kilka. Po
dwóch godzinach Another w końcu wyszedł.
- I CO? ONA ŻYJE? POWIEDZ ŻE ŻYJE!!!
- Żyje - skinął głową z lekkim uśmiechem
- O JEZU! DZIĘKUJĘ - padłem dosłownie na kolana, bo zrobiło mi się lepiej. Nie miałem siły by stać.
- Rana jest już zaszyta, a wygląda, jakby jej pierś przebił róg jednorożca.
- Już ja znajdę tego... to coś bez serca!
- Costa musi dużo odpoczywać, a w tym momencie wizyty są zabronione.
Jeżeli chcesz ją zobaczyć, to dopiero za około 4 godziny... musi dojść
trochę do siebie.
- Dziękuję - powiedziałem i poszedłem w to miejsce, gdzie Costa rozmawiała z tym koniem. Ten bezczel jeszcze tu siedział
- I czego tu siedzisz idioto?! Na mózg ci walnęło?
- Daj mi spokój - powiedziała jakaś klacz
- ZOSTAW COSTĘ W SPOKOJU - przywaliłem jej, choć była to klacz
- Klaczy się nie bije - powiedziała próbując mi oddać
- COSTY TEŻ SIĘ NIE BIJE! JAK TY BIJESZ COSTĘ, JA BIJĘ CIEBIE! - kopnąłem ją jeszcze w nogę
- Jestem Blackdid
- MAM TO GŁĘBOKO W DUPIE!!!!!! ODWAL SIĘ OD COSTY!
- Widzę, że ktoś tu się zakochał
- NIE MAM CZASU NA GADANIE Z TOBĄ! - powiedziałem i złamałem jej ten durny róg - A TO ZA COSTĘ!
I teleportowałem się do kliniki
- Mogę już wejść?
- Nie minęło jeszcze tyle, ile miało minąć, ale dobrze... wejdź
Costa leżała na łóżku obolała. Usiadłem obok niej.
- Jak tam? - zapytałem
< Costa? >