Pole było dość ciekawym miejscem. Wielkie bezkresy zboża. Cudowny zapach i wielka przestrzeń. Tyle miejsca.
- Ale tu inaczej.... - powiedziałem zamyślony.
- Inaczej?
- Niż w moim królestwie. Tam łąki i pola to ziemia porośnięta
wodorostami. Ale tam też jest pięknie. Kiedyś cię tam zabiorę. dobrze?
- Ale ja nie oddycham pod wodą - zaśmiała się.
- A ja mogę sprawić że będziesz - uśmiechnąłem się do niej - To co?
- Dobrze. Skoro mówisz, że jest pięknie.
- Ale to inny rodzaj piękna niż tutaj.
- Rozumiem, ale skoro chcesz mnie tam zabrać to musi być po co.
- I jest. Moje wspaniałe królestwo.
- Twoje? Czemu tak mówisz?
- Bo jest moje - uśmiechnąłem się tajemniczo.
Prychnęła zdawkowo. Odskoczyłem w bok i zacząłem rżeć. Ganialiśmy się po
polu, aż opadliśmy z sił. Stanąłem pierwszy. Laura dobiegła do mnie.
- Dogoniłam cię teraz mów! - krzyknęła zadziornie.
- E.... - zakłopotałem się - muszę?
- A jak! Uczciwie wygrałam! - cieszyła się jak źrebię i jak tu jej odmówić.
- No bo ja jestem tam księciem.... Ale uciekłem. I to w sumie tyle.
Laura chyba mi nie dowierzała, ale co poradzić. Mówię prawdę i nic więcej zrobić nie mogę.
- To co teraz? - spytałem próbując rozładować atmosferę.
- Może.... No nie wiem... A ty nie masz pomysłu?
- Zdaję się całkowicie na ciebie.
Laura dokończ.