Poczułam się źle. Bardzo źle... Nie miałam kontroli nad mową i ruchami.
- Ale... jaka Andrea i Mustang? - zapytałam kołysząc się na nogach.
- No... Przywódcy. - odpowiedziała odsuwając się.
- Odejdź...
- Dlaczego?...
- Chcesz się zarazić?! - krzyknęłam płacząc krwią.
- ... Naćpałaś się?
- Nie! To jest moja przyszłość! Krew wiąże się z przeszłością! Odejdź... Poradzę sobie z tym!
Klacz odeszła ciągle patrząc się na mnie.
~ Kilka chwil potem ~
Krwawienie ustało. W mym naszyjniku jest odtrutka. Umiem ją tylko ja
sporządzić i prawdopodobnie dobry medyk. Niepewnie szłam do osady. Na
głównej polanie było dużo koni. Przeszkadzały mi te ich koślawe
spojrzenia. Odważniej kroczyłam do jakiegoś drzewa na uboczu. Ułożyłam
się tam i patrzyłam na wszystkich. Po jakimś czasie, podszedł do mnie
jakiś koń.
- Lepiej ci? - zapytał jakby się o mnie troszczył.
Podniosłam łeb i ujrzałam Drasilmare.
- Ta... Widać ślady krwi? - odpowiedziałam wstając.
< Drasilmare? >